May 232008
 

(Audio)I znow minal tydzien, a ja zanim cokolwiek powiem to zapowiem, ze dzisiaj nie bedzie ani slowa o Eskimosach. Wlasciwie w tym miejscu powinnam przeprosic wszystkich przedstawicieli tej grupy etniczno-religijnej za swoj ostatni felieton. Powinnam ale nie przeprosze gdyz zaden z przedstawicieli grupy o ktorych wyzej wspomnialam nie poczul sie urazony, a przynajmniej zaden z nich nie skladal protestu ani zadal wyjasnien. Ba, nawet zaden z nich nie przyslal steku wyzwisk pod moim adresem. Wszystkie te reakcje spotkaly mnie natomiast ze stronny postronnych, nieeskimoskich przedstawicieli rozmaitych stowarzyszen o nieznanym mi przedtem fakcie ich istnienia oraz indywidualnych tropicieli przejawow niepochlebnych wypowiedzi i innych ekscesow skierowanych pod adresem Eskimosow. Co dziwniejsze podobne reakcje otrzymalam od tropicieli wykroczen przeciw zupelnie innym niz Eskimosi grup etnicznych. Ale to dla mnie zadna nowosc, sa ludzie ktorzy na wszystko co powiem patrza przez taki wlasnie pryzmat, mowiac bardziej jezykiem wspolczesnych zurnalistow, taki maja “pivot” w podejsciu do rzeczywistosci. Nie widze potrzeby aby im cos tlumaczyc bo z nimi jak z tym szeregowcem i jego skojarzeniami ze starego dowcipu. Ja powiem ‘chusteczka’ a oni w krzyk: antysemitka.
Sadzac po ilosci takich reakcji mozna by wywnioskowac ze tropienie nieprawomyslnosci, tzw ‘myslozbrodni’ u bliznich stalo sie poplatnym zajeciem. Moze to i dobrze. Z nasza ekonomia nie jest najlepiej, a przeciez zyc jakos trzeba. Chocby z tropienia, weszenia i donoszenia. Moze nie sa to od razu renumeracje finansowe, niektorym wystarczy poklepanie po plecach, uscisk dloni na publicznej ceremonii lub chociazby sama swiadomosc, ze jest sie po stronie postepowej ludzkosci oraz ze sie walczy z ksenofobia, zabobonem, ciemnogrodem i tym co by tam jeszcze nie wyroslo na drodze postepu ku swietlanej przyszlosci.
Anyway, gadam i gadam az moze sie zdarzyc, ze ktos zrozumie na opak moje intencje a przeciez nie o to mi chodzi, zeby znowu wysluchiwac wyzwisk, ale juz predzej aby przekazac jadowite tresci niebezpiecznie ukryte w potoku slodkich slowek. Tu na marginesie chcialam podziekowac pani Ani za powyzsza figure stylistyczno-oratorska i w ogole za caly list, ktory – przyznaje – dostarczyl mi wiele wzruszen estetycznych a takze powodow do rozmyslan. Do rozmyslan na temat czy aby napewno jest pani wystarczajaco wynagradzana za swoje wysilki. Widze u pani nie tylko wiele samozaparcia ale nawet troche talentu. Tyle darow bozych idzie na marne. Zamykam margines i wracam do glownego watku, gdzie wlasnie dalam sobie po lapach za gadatliwosc ktora do niczego nie prowadzi a tylko– ‘jatrzy i tak juz rozjatrzonych ciezkim zyciem rodakow’ – to tez cytat z pani Ani wypracowania.
Zakonczywszy ten akt samokrytycznego samostrofowania sie, postanowilam ze przynajmniej dzisiaj wlasne mysli ogranicze do minimum a podziele sie z Panstwem cudzymi. Jesliby ktos zechcial potem zlozyc protest lub donos, to informuje ze na stronie internetowej gdzie znajduje sie ten monolog mozna rowniez odnalezc wszelkie potrzebne odsylacze i inne namiary na autorow. W ten sposob wilk bedzie syty, mnie nikt nie na-uraga a to co chcialam powiedziec i tak do Panstwa dotrze.
Zeby nie szukac daleko, a juz bron Boze po zadnych tam al-Jazeerach rozpoczne od wczorajszej Chicago Tribune.
Kolumnista Steve Chapman w artykule zatytulowanym “Mythmaking for the next war”, czyli po naszemu “Opowiadanie bajek ktore maja usprawiedliwic nastepna wojne” pisze, ze w kulminacyjnym etapie zimnej wojny Zwiazek Sowiecki posiadal 45,000 glowic nuklearnych a Iran obecnie nie ma ani jednej. Jednak kiedy Barack Obama stwierdza oczywisty fakt, iz Iran nie stanowi takiego zagrozenia jakie stanowil Zwiazek Sowiecki to John McCain reaguje tak histerycznie jakby jego rywal chcial oddac Ft. Knox za kijek. Tzn Chapman mowi o worku z fasola, ale nam sie to bardziej kojarzy z siekierka i kijkiem, dlatego pozwolilam sobie uzyc w tlumaczeniu kijka zamiast fasoli. W przyszlosci tego typu zabiegi stylistyczne bede pozostawiala bez komentarza. W koncu chodzi o zachowanie sensu wypowiedzi a nie o doslownosc – to informacja dla tych ktorzy z faktu niedoslownego tlumaczenia wyciagaja zbyt daleko idace wnioski.
Cytuje dalej artykul Chapmana: Takie stwierdzenie zdradza rozmiar braku doswiadczenia senatora Obamy oraz lekkomyslny osad – reckless judgment – wykrzykuje McCain. To sa bardzo powazne braki u kogos kto chce byc prezydentem Ameryki.
W tym momencie przerwe cytowanie, bo pojawil sie tu watek ktory nie zostal dostatecznie rozwiniety w dalszej czesci artykulu Chapmana. Uwazam, ze jest tu zawarta bardzo wazna informacja, ktora postaram sie dla dobra sluchaczy bardziej naswietlic. Byc moze Chapman uwaza pewne sprawy za oczywiste, chociaz bardziej jestem sklonna przyjac, ze swiadomie nie chce on pewnych mysli dopowiadac do konca. Moze ze wzgledu na wrazliwosc swoich czytelnikow. A moze z innych waznych powodow spolecznych. No bo jesli nawet ktos sobie sam dopowie, to juz jego sprawa i moze miec tylko do siebie pretensje a nie do Chapmana. Jesliby zas czul sie bardzo winny za myslozbrodnie ktora mu efekcie przyjdzie na mysl to moze winic tylko siebie i nikogo innego poza soba nie obciazy skladajac donos do Ministerstwa Prawdy. Czy jak to sie teraz tam nazywa. Nie przypadkowo aluzja do Orwell’a pojawilo sie juz na samym poczatku mojego dzisiejszego monologu. Dzisiaj bowiem zamierzam sie podzielic z Panstwem mniej znana madroscia zawarta w jego ksiazce. Wszyscy wiemy, ze “wojna to pokoj”, “falsz to prawda” i temu podobne hasla ktore zapamietalismy z lektury wydawnictw drugiego obiegu. Dzisiaj przypomnimy sobie bardziej podstawowe tresci zawarte w ksiazce o 1984 roku. Ale o tym potem. Teraz przechodze do rozwiniecia mysli zawartej w wypowiedzi senatora McCaina. Mysli na temat jaki powinien byc prezydent Ameryki. I tu znowu nie musze wymyslac wlasnych cytatow.
Posluze sie cytatem gdzie indziej opublikowanym i przez kogo innego podpisanym. Gdzie indziej, tzn w artykule Justina Rajmondo zatytulowanym “Obama kontra Lobby” , ktory mozna odnalezc na Antiwar.com. Tam wlasnie znalazlam mysl naswietlajaca wypowiedz McCaina. Cytuje : “Rola prezydenta Stanow Zjednoczonych jest popieranie decyzji podjetych przez Izraelczykow.” Zeby nie zostac posadzona o tendencyjne tlumaczenie, podaje ja rowniez w oryginale: “The role of the president of the United States is to support the decisions that are made by the people of Israel.” Rajmondo nie jest autorem tych slow a przypisuje ja nie byle komu lecz samemu Davidowi Frumowi, autorowi wczesnych przemowien obecnego prezydenta. Oczywiscie mowie o prezydencie Ameryki – gdyby ktos nie mogl sie polapac w tym kto gdzie rzadzi albo o czym my tu rozmawiamy. Frum jest wynalzca slynnej osi zla – axis of evil, za ktora zreszta wylecial z pracy. To znaczy nie za same sformulowanie lecz dlatego, iz jego zona bedac na raucie czy moze na rauszu, zdradzila lekkomyslnie ze autorem wynalazku osi nie jest prezydent lecz jej maz. Ta dyskredytujaca niedyskrecja pozbawila Fruma mozliwosci wkladania swoich slow w usta prezydenta, tym niemniej prezydent w dalszym ciagu nadstawia ucha dla ich uslyszenia. A ze nie tylko je slyszy ale w dalszym ciagu przyjmuje za swoje, moglismy przekonac sie sluchajac jego przemowienia w Knesecie tydzien temu. Gdyby nie to, ze dzisiaj nie wyrazam wlasnych opinii dodalabym ze to przemowienie bylo najbardziej obrzydliwe, idiotyczne i ponizajace najwyzszy urzad w historii prezydentury naszego kraju. Zreszta nie musze dodawac. Inni powiedzieli to publicznie, nie raz i uzywali przy tym mniej wywazonych slow. Ale dzisiaj nie rozmawiamy o obecnym lecz o tym ktory go zastapi, prezydencie. Tzn o Obamie, McCainie i Clinton. Najpierw zastanowimy sie nad tym co brakuje Barackowi?
Jak kazdy widzi i slyszy robi on wszystko co w jego mocy, zeby udobruchac i oblaskawic czyli ‘appease’ lobby o ktorym mowimy, a ktorego nazwy nie podaje gdyz samo to stanowi juz akt niepoprawnosci politycznej lub nawet – strzez mnie Panie Boze – antysemityzmu. Jak przypomina Justin Rajmondo, Barack Obama powyrzucal ze swojego komitetu wszystkich tych ktorym zdarzylo sie chocby krzywo popatrzec na Izrael. Jak na przyklad tego ktory niesmialo zaproponowal, ze moze porozmawianie z Hamasem – w koncu legalnie i demokratycznie wybrana wladza – byloby nie takim znowu zlym pomyslem. Zanim skonczyl wyslawiac te propozycje juz byl out. To wszystko jednak za malo. Nie wystarcza tez, ze Obama w swoich wypowiedziach zawsze poprawnie zaznacza iz Izrael ma prawo sie bronic, nie wystarcza ze ‘rejected and denounced’ – odrzucil i odcial sie od tych wszystkich ktorzy chocby dawali do zrozumienia albo tylko pytali czy Palestynczycy rowniez maja takie prawo. Przeciez nie maja – kazdy kto stara sie o jakikolwiek urzad w tym kraju wie o tym od dawna. A przynajmniej od czasu kiedy Hamas, Hezbollah, OWP zostaly przemianowane na organizacje terorystyczne z organizacji walczacych o niepodleglosc. Ja te czasy jeszcze pamietam. Potem po zmianie nazwy wszystko potoczylo sie lawinowo. I dalej sie toczy. Obecna oblakana sytuacje na tym polu najlepiej charakteryzuje Scott McConnel, edytor periodyku “The American Conservative”. Niezwykle subtelnie i delikatnie mowi on: “zastanawiam sie czy ci wszyscy ktorzy dotychczas zaprzeczali, iz lobby izraelskie ma ogromne wplywy na amerykanska polityke czuja sie teraz chociaz troche glupio?” Tu przypomnial mi sie ow gornik, ktory na zebraniu rady zakladowej mowil: ja nie pytam juz o to co sie dzieje z weglem ktory wydobywamy ale chcialbym wiedziec co sie stalo z naszym kolega, ktory pytal o ten wegiel. Poniewaz ta refleksja nie ma nic wspolnego z sytuacja w Ameryce, pozwolilam sobie na przytoczenie jej. Reszta moich dzisiejszych wypowiedzi to cytaty z ktorymi – jeszcze raz to podkreslam nie mam nic wspolnego i za ktore nie mam zamiaru ponosic odpowiedzialnosci.
Wracajmy do pytania ktore doprowadzilo nas tu gdzie jestesmy: co brakuje Obamie w oczach lobby? Dlaczego traktuje go ono jak wroga mimo wszelkich jego wyjasnien, deklaracji, posuniec personalnych i obietnic na przyszlosc? Pewna wskazowke stanowi sposob odpowiedzi Obamy na pytanie “czy racja jest zawsze po stronie syjonistow?” zadane mu w jakims tam wywiadzie? Obama – jak mozna sie domyslec, w koncu wciaz pozostaje kandydatem na prezydenta – odpowiedzial “tak”. Ale i tu znalazlo sie “ale”. Tu zacytuje wspomnianego wczesniej Davida Fruma: “Ile czasu potrzeba – pyta on, tzn Frum – ile czasu potrzeba Obamie, zeby odpowiedz na tak proste w koncu pytanie? Naliczylem piec pelnych zdan, przerywanych przez dwa pytania pomocnicze zanim uslyszelismy “tak”. To dlugi czas. A jeszcze potem, kiedy juz byl odpowiedzial, natychmiast dodal wyjasniajace zastrzezenia” niecierpliwil sie Frum. Trudno nie zgodzic sie z nim, tzn. Frumem. Dla kogos kto ma zostac prezydentem i jako taki ma w ciemno i bez wahania aprobowac decyzje Knesetu takie zachowanie jest niedopuszczalne. Zadnych wyjasnien, zadnych gdyban, rozwazan posrednich – komisarz Frum domaga sie konkretnej odpowiedzi i domaga sie jej natychmiast! To nie ja, to w dalszym ciagu slowa Justina Rajmondo. A jakie to bylo zastrzezenie wyjasniajace ktore rowniez oburzylo Fruma? Otoz po odpowiedzi “tak”, Obama dodal: “to nie znaczy, ze zgodzilbym sie ze wszystkim co zrobi rzad Izraela. A to dlatego, ze rzad to sa politycy a ja jako polityk dokladnie wiem ze jestesmy istotami niedoskonalymi i nie zawsze dzialamy doskonale”. Nnnno! Takie wyznanie to przeciez przyznanie przez Obame, ze nie spelnia on podstawowego wymogu do roli prezydenta o ktorym bylo wczesniej. Przypomne, “rola prezydenta Stanow Zjednoczonych jest popieranie decyzji podjetych przez Izraelczykow.”
Jednak pies nie tu jest pogrzebany, blizej miejsca jego pochowku jest Goldberg, ktory wywiad z Obama przeprowadzal. Mowi on do Obamy: przejdzmy do kluczowej sprawy, kishke question – jesli Zydzi wiedza, ze sie ich kocha, wtedy mozna mowic co sie chce o Izraelu, ale jesli nie maja oni tej pewnosci – jak np w przypadku James’a Baker’a i Zbigniewa Brzezinskiego – wtedy wszystko co sie powie jest podejrzane. Wydaje mi sie – z troska stwierdza Goldberg – ze na Florydzie i w pewnych innych miejscach panuje przekonanie, iz nie czuje pan, senatorze, naszych trosk w takim stopniu jak pani senator z Nowego Yorku to czuje. I to jest wlasnie to sedno sprawy, punkt kulminacyjny mojego dzisiejszego monologu – nie wystarczy zgadzac sie i popierac. Wymagana jest milosc. Lobby – trawestujac sw. Franiszka zdaje sie mowic: jesli nie mam twojej milosci to nic nie mam od ciebie. O tym sw Franciszku to moje, reszta w dalszym ciagu pochodzi od Rajmondo. Zas Rajmondo bardziej swiecko, zamiast profancji wypowiedzi swietego widzi tu orwellowskiego Winston’a Smith’a. Jak pamietamy, funkcjonariusze ktorzy nad nim pracowali domagali sie zeby poczul on autentyczna milosc do Wielkiego Brata. Przyznanie sie do winy, wskazanie wspolwinnych, samokrytyka, samoptepienie, obiecanie posluszenstwa i wspolpracy – wszystko to nic. Winston Smith musi zapalac prawdziwa, niepodrobiona miloscia do Wielkiego Brata. Obama musi pokazac, ze plonie autentyczna miloscia do Malego Brata. Czy mu sie to uda? Moze przekonamy sie o tym juz w czasie jego obecnej wyprawy do Canossy, tzn chcialam powiedziec na Floryde. Na tym zakoncze cytowanie artykulu “Obama kontra Lobby”, zachecam do przeczytania go w calosci a takze do czytania i popierania finansowo witryny internetowej Antiwar, gdzie ten i wiele innych perelek myslozbrodni mozna – jak dotad bezkarnie – odnalezc.
A my powracamy do Obamy. Zarzucaja mu niektorzy brak doswiadczenia, naiwnosc polityczna i temu podobne grzechy ktore maja stanowic o jego nieprzydatnosci do objecia urzedu prezydenta.
Jednak obecna jego podroz na Floryde, gdzie udal sie aby w pokorze przekonywac o swojej prawomyslnosci i przydatnosci dla Lobby swiadczy o czym innym. Nie chce zgadywac jego motywow ani mysli ktore mu towarzysza – faktem jest, ze moze nie od poczatku, ale teraz juz wie ze pies jest pogrzebany na Florydzie i w innych miejscach o ktorych poinformowal go Goldberg w czasie wywiadu ktory z nim przeprowadzil.
Tyle dzisiaj na temat: “Co mozna zarzucic Obamie?”. To samo pytanie w stosunku do McCain’a nie ma zbyt wiele sensu. Nie wiele mozna mu zarzucic. Nawet mniej niz pani senator z Nowego Yorku. Lepiej od razu, bez owijania w bawelne zapytajmy: “dlaczego powinnismy sie bac prezydentury McCain’a?”. Tak wlasnie pyta profesor z King’s College, Anatol Lieven, w artykule ktory ukazal sie Financial Time.
Oto co pisze profesor Lieven : Byc moze wyda sie to dzisiaj absurdalne ale za kilka lat Europa i swiat beda patrzec z nostalgia na czasy kiedy prezydentem byl Bush. Tak sie stanie jesli Amerykanie wybiora w listopadzie senatora McCain’a na prezydenta. I dalej autor – musze przyznac – dosyc przekonywujaco argumentuje swoja teze. Powody ku temu, ze czeka nas nieszczescie sa wedlug niego trojakie i tkwia w ideologi, polityce a przedewszystkim w osobowosci senatora McCaina. O ideologii McCain’a nie trzeba wiele mowic, wystarczy zauwazyc ze jego bliskim przyjacielem i doradca jest Wiliam Kristol. Ten Trocki naszych czasow jest wspolautorem obecnej polityki Busha i nie spocznie dopoki kamien na kamieniu nie pozostanie w Iraku, Iranie i Syrii a na ich miejscu zakwitnie tysiacletnie imperium … oops, cos mi sie poplatalo. To juz bylo. O polityce McCain’a najlepiej swiadczy jego stosunek do Rosji, z ktora chce natychmiastowej konfrontacji. No i ta jego slynna spiewajaca odpowiedz ‘bomb, bomb, bomb, bomb, bomb Iran’ na temat tego co mysli o Iranie.
Najgorsze w tym wszystkim jest to, ze slowa McCain’a nie sa tylko polityczna gra. Ze swoim cholerycznym temperamentem, obrazaniem sie na caly swiat i szepczacym mu do ucha szatanskie wersety Libermanem jest on w stanie pod wplywem chwili podpalic polowe swiata. Tylko polowe, bo mam nadzieje ze zanim dokonczy tego dziela zdaza mu nalozyc odpowiedni kaftan. Tzn, to nie sa dokladnie slowa autora artykulu, w koncu jest on profesorem i nie przystoi mu tak sie unosic jak mnie. Tym niemniej konczy on swoj artykul tak: “Nie tylko amerykanscy wyborcy ale i rzady europejskie powinny przez nastepne miesiace zastanowic sie nad konsekwencjami wyboru McCain’a i juz teraz pomyslec jak powstrzymac go przed realizacja jego piromanskich zapedow lub jesli to nie bedzie mozliwe, jak ochronic Europe przed pozarem ktory wywola.”. Nic dodac nic ujac, moze tylko to ze wczoraj wreszcie senator odcial sie od swojego przewodnika duchowego pastora Hagee. Tak tego samego ktory nazywal kosciol katolicki – delikatnie ujmujac – ladacznica. Przy czym on tego nie ujmowal delikatnie lecz wrecz rynsztokowo. McCain wiedzial o tym od dawno jak i cala Ameryka, mimo to cholubil go i nazywal swoim przyjacielem ktorego poparcie wysoko sobie ceni i o to poparcie aktywnie zabiegal. Mozna by sadzic ze wreszcie zmadrzal i ze moze nawet przeprosi katolikow. Mozna by, gdyby nie to ze to wyparcie sie Hagee’go jest kolejna zniewaga dla katolikow. Otoz wedlug McCain’a wszystko bylo w porzadku kiedy jego przyjaciel pastor rzucal wyzwiska pod naszym adresem jednak z chwila kiedy wyszlo na jaw, ze nazwal Hitlera wyslancem Boga to ta obraza Zydow wedlug senatora z Arizony nie moze byc ani dnia tolerowana. Byloby pol biedy gdyby McCain w ogole nie reagowal, oznaczaloby to ze poprostu patrzy przez palce na wypowiedzi swojego nawiedzonego przyjaciela. Na wszystkie – tak samo. Jednak teraz wyraznie dal nam do zrozumienia: katolikow wolno obrazac, Zydow nie! Sa rowne i rowniejsze wsrod religi swiata. Religia majaca kilka milionow wyznawcow jest bardziej rowna od tej ktora ma ich ponad miliard. Mam nadzieje ze wszyscy katolicy zdaza zrozumiec wymowe czynu McCain’a zanim przyjdzie listopad.
Mam tylko nadzieje, bo logika mowi ze wcale tak nie musi byc. Sluchajac niektorych mediow i obserwujac ludzi bedacych ich widzami czy sluchaczami mozna zwatpic w czlowieka jako istote myslaca. Ludzie w swej ogromnej masie daja ugniatac swoje poglady jak plasteline, przy czym im prymitywniej ich sie ugniata tym wieksze to robi na nich wrazenie. Wystarczy przyjrzec sie Rushowi Limbough, O’Reiley’mu, Seanowi Hanitty czy setkom jesli nie tysiacam ich medialnych nasladowcow. Mechanizm jest wszedzie podobny i wszedzie bardzo prosty: przez prymitywne tresci i obrazy, dzialajace na czlowieka ponizej progu swiadomosci, otwiera sie odbiorce na tresci ktore potem sa serwowane i przyjmowane na tym samym poziomie. I juz pozostaja. Nastepuje nawiazanie emocjonalnej wiezi na poziomie najnizszego wspolnego mianownika, ba moze nawet dochodzi do zapalenia swietego ognia milosci sluchacza do kaznodziei i juz tysiace bezmyslnych papug powtarzaja zaslyszane bzdury niczym kanony wiary. Bo sa to elementy ich wiary, tak jak przekonan religijnych nie poddaje sie logicznej debacie, tak i przekonania polityczne gloszone przez medialnych sprzedawcow propagandy zapadaja jak matryce w mozg odbiorcy i tam pozostaja, zmieniajac czlowieka z swiadomego obywatela w sekciarza politycznego. Wystarczy popatrzec dookola, az roi sie od nawiedzonych, widzacych swiat przez pryzmat soczewki zamontowanej im przez zrecznych salesmanow spojrzenia na swiat. No tak, czas leci a my dopiero rozprawilismy sie z dwoma kandydatami. Wyglada na to, ze dzisiaj nie zdazymy porozmawiac o pani Clinton i mam cicha nadzieje ze juz nie bedzie potrzeby o niej rozmawiac przed wyborami w listopadzie. Jesli ktos nie czytal ksiazki Orwella, ktorej przeslanie w mniej lub bardziej widoczny sposob przewijalo sie w naszej dzisiejszej rozmowie – to zapewne ktos taki chce wiedziec czy w Winston Smith w koncu pokochal Wielkiego Brata. Zamiast wlasnej odpowiedzi przytocze zakonczenie tej ksiazki. W koncu dzisiaj tylko, no prawie tylko, cytuje to co napisali inni. Oto jak konczy sie nieprzemijajacy rok 1984:

“….SygnaÅ‚ trÄ…bki wywoÅ‚aÅ‚ prawdziwÄ… wrzawÄ™. Podniecony gÅ‚os, który zaczÄ…Å‚ trajkotać z teleekranu, niemal natychmiast zagÅ‚uszyÅ‚y okrzyki wznoszone na zewnÄ…trz. Wiadomość lotem bÅ‚yskawicy obiegÅ‚a caÅ‚e miasto. Z tego, co zdoÅ‚aÅ‚ wyÅ‚owić, Winston zorientowaÅ‚ siÄ™, że akcja potoczyÅ‚a siÄ™ tak, jak sobie wyobraziÅ‚: ogromna, w tajemnicy zebrana armada uderzyÅ‚a niespodziewanie na tyÅ‚y nieprzyjaciela; biaÅ‚a strzaÅ‚a wbiÅ‚a siÄ™ w ogon czarnej. Przez zgieÅ‚k dolatywaÅ‚y go urywki triumfalnych wieÅ›ci: „WspaniaÅ‚y manewr strategiczny… idealna koordynacja… caÅ‚kowita klÄ™ska… pół miliona jeÅ„ców… totalna demoralizacja… opanowanie caÅ‚ej Afryki… koniec wojny tuż, tuż… zwyciÄ™stwo… najwiÄ™ksze zwyciÄ™stwo w dziejach ludzkoÅ›ci… zwyciÄ™stwo, zwyciÄ™stwo, zwyciÄ™stwo!”
Pod stolikiem nogi Winstona drgaÅ‚y konwulsyjnie. Nie ruszyÅ‚ siÄ™ z miejsca, lecz w myÅ›lach gnaÅ‚, pÄ™dziÅ‚, przyÅ‚Ä…czaÅ‚ siÄ™ do tÅ‚umu na zewnÄ…trz i krzyczaÅ‚ z radoÅ›ci ile tchu w piersi. Znów spojrzaÅ‚ na plakat Wielkiego Brata. Kolos, który stoi na straży Å›wiata! SkaÅ‚a, o którÄ… rozbijajÄ… siÄ™ azjatyckie hordy! PomyÅ›laÅ‚ o tym, jak dziesięć minut temu – tak, zaledwie dziesięć minut temu – z mieszanymi uczuciami w sercu czekaÅ‚ na ogÅ‚oszenie klÄ™ski lub zwyciÄ™stwa. Och, nie tylko armia eurazjatycka zostaÅ‚a pokonana! Bardzo siÄ™ zmieniÅ‚ od pierwszego dnia pobytu w Ministerstwie MiÅ‚oÅ›ci, lecz ostateczna, konieczna, uzdrawiajÄ…ca zmiana dokonaÅ‚a siÄ™ w nim dopiero teraz.
Głos z teleekranu wciąż informował o jeńcach, łupach i rzezi, ale okrzyki na ulicy trochę przycichły. Kelnerzy wrócili do pracy. Jeden z nich zbliżył się z butelką dżinu. Winston, błogo rozmarzony, nawet nie zauważył, że napełniono mu szklankę. Nie biegł już, nie krzyczał. Znowu był w Ministerstwie Miłości.
Wybaczono mu zbrodnie, duszę miał czystą jak śnieg. Siedział na ławie oskarżonych, zeznając wszystko co trzeba i wszystkich obciążając. Szedł korytarzem wyłożonym białymi kaflami, z uczuciem, że idzie w słońcu; za nim maszerował uzbrojony strażnik. Jeszcze chwila i od dawna upragniona kula rozsadzi mu mózg.
Spojrzał na ogromną twarz. Zajęło mu czterdzieści lat, nim odkrył, jaki to uśmiech kryje się pod czarnym wąsem. Och, cóż za okrutna, niepotrzebna pomyłka! Och, cóż za upór i arogancja nie pozwalały mu się przytulić do miłującej piersi! Dwie pachnące dżinem łzy spłynęły mu wolno po policzkach. Ale wszystko już było dobrze, wreszcie było dobrze; walka się skończyła. Odniósł zwycięstwo nad samym sobą. Kochał Wielkiego Brata.
”

I ta optymistyczna wiadomoscia zegnam sie z panstwem do niedzieli. Dobranoc panstwu.

 Posted by at 3:00 pm