Apr 072017
 

Felietonik Piatkowy ===> audio

I znów minął tydzień, tylko jeden z nich minął i dlatego z czystym sumieniem, nie tracąc cennego czasu mogę od razu przejść do rzeczy, zamiast – jak to zwykle ma miejsce – krygować się, tłumaczyć, obiecywać poprawę i na inne sposoby radzić sobie z faktem, że felietonik piątkowy znowu ukazał się z tak dużym opóźnieniem. Jednak nie tym razem. Jako się rzekło, tym razem rzeczywiście minął tylko jeden. Wiec, skoro nic już nie stoi na przeszkodzie, żeby przejść do rzeczy, tak i uczynię, czyli w samej rzeczy przejdę do rzeczy.

No to porozmawiajmy.

Teraz będzie dowcip … a nie, nie będzie. Jakoś nic śmiesznego nie przychodzi mi teraz na myśl.
Co bystrzejszy słuchacz, już po wysłuchaniu tych kilku słów dotychczas przeze mnie wypowiedzianych z pewnością nabrał podejrzenia, że coś tu jest nie tak jak być powinno. Ja zaś na miejscu tegoż hipotetycznego i podejrzliwego słuchacza poszła bym o krok dalej i stwierdziła, że są możliwe dwa wytłumaczenia dla tak ślamazarnego i niczego nie wyjaśniającego początku dzisiejszego gadania mojego.
I tak, najsampierw podejrzewałabym samą siebie, że nie wiem o czym mam zamiar mówić a ta paplanina bierze się stąd, iż rozpaczliwie próbuje odnaleźć temat, który nie tylko dalby się pociągnąć przez następnych kilkanaście minut, ale również żeby na tyle zainteresował słuchaczy, aby ci – jak to zwykle ma miejsce – zasypali mnie przyzwoitą ilością – nie koniecznie pozytywnych maili tuz po zakończeniu programu. Podejrzewałabym, że mówiąc do państwa te słowa, które właśnie mowie, przebiegam w pamięci wszystkie wydarzenia minionego tygodnia, te tutejsze amerykańskie, ale również te z Brukseli i z Warszawy, a prze-bieg-nąwszy staram się zapamiętać, które są na tyle bulwersujące co by z nich udała się sklecić zajmująca opowiastkę. I żeby opowiastka ta dala się zakończyć przejmującym crescendo w postaci imperatywu moralnego wołającego o pomstę do nieba albo przynajmniej powodującego, że słuchacz zaduma się nad tym co usłyszał.

Jak powiedziałam, jest jeszcze drugie podejrzenie, które by mi się natychmiast po tym pierwszym nasunęło, gdybym teraz to właśnie ja była słuchaczka i słuchała sama siebie, próbując jednocześnie zrozumieć o co mi właściwie chodzi i dlaczego jeszcze nie przeszłam do rzeczy, chociaż już kilkakrotnie obiecywałam, że zaraz to zrobię. Otóż, równie prawdopodobne by mi się wydawało, że ta zwłoka z przejściem do rzeczy może wcale nie bierze się z gorączkowego poszukiwania tematu a wprost przeciwnie, że temat mam, tyle, że uporczywie i usilne zwlekam z podjęciem go. Czyli, że w gruncie rzeczy, nie chce mi się przejść do rzeczy. Znacie państwo zapewne z własnego doświadczenia ten stan ducha nieprzyjemny, kiedy to podczas rozmowy z kimś komu mamy coś ważnego acz nie przyjemnego do powiedzenia, opowiadamy najpierw setki bzdur, dowcipów nie w porę, pytamy o zdrowie i wyrażamy troskę o bliźnich, którzy nas nie wiele obchodzą a wszystko to po to, żeby jak najdłużej odwlec chwile w której wreszcie wyksztusimy o co nam naprawdę chodzi. Mówiąc na ten przykład tak: Słuchaj Zosiu, a nie pożyczyłbyś mi sto dolarów do niedzieli? Albo jeszcze lepiej, wiesz stary, chciałbym żebyś mnie źle nie zrozumiał i żebyś o tym dowiedział się właśnie ode mnie. Otóż twoja zona i ja zamierzamy się pobrać, a na razie zamieszkamy razem u was w bejsmencie. Albo tak – słuchajcie kochani, nie przychodźcie tu więcej. Zawsze po waszej wizycie czegoś u nas brakuje. Albo …. o, mam jeszcze jeden przykład … e nie. Dosyć tych przykładów. Myślę, że już wystarczająco wyraźnie dałam do zrozumienia o jaki to stan ducha mi chodzi, i dalsze przeciąganie obecnej sytuacji graniczyłoby już z brakiem dobrego smaku, jeśli nie z irracjonalnie histeryczną egzaltacją i brakiem profesjonalizmu. O jednym i o drugim i o trzecim będzie dosyć później. A teraz, jakakolwiek by nie była tego przyczyna, przyszedł czas, żeby podjąć męską decyzje, stawić czoła piętrzącym się trudnościom i przejść do – kilka razy już wspomnianej rzeczy. Jeszcze tylko wyjaśnię, która z wymienionych tu obu możliwości naprawdę zaistniała, czyli dlaczego dotychczas nie rozpoczęłam dzisiejszego felietoniku a zamiast tracąc czas błąkam się po manowcach. Przyzwoitość nakazuje mi, żeby zmarnowawszy tyle czasu, chociaż pobieżnie ten temat zaadresować. Otóż obie wymienione uprzednio przeze mnie przyczyny spowodowały, że stan rzeczy taki jest jaki jest. Po pierwsze, temat miałam od samego początku, ale tak mi się wydal obmierzły, że rozpocząwszy swoje dzisiejsze gadanie, popadłam w zwątpienie czy warto go poruszać. A zwątpiwszy tak, rozpoczęłam pospiesznie szukać tematu zastępczego. A było w czym wybierać. Ukrainki przemycające do Polski armatę. Najważniejszy Chińczyk z najważniejszym Amerykaninem do spółki dzielący świat jak tort weselny … albo pogrzebowy. 59 tomahawków które, kosztem prawie 100 milionow dolarow zniszczyły jeden samolot i kilka budynków w Syrii. Grzesiu Dyndała w roli Nikodema Dyzmy. Jest w czym wybierać, nieprawdaż?
Po chwili jednak zdałam sobie sprawę, że trud to daremny, bo konieczność opowiedzenia o tym co wcześniej byłam sobie postanowiła, wisi nade mną niczym koło młyńskie albo miecz Damoklesa. I ze jeśli nie dzisiaj, to za tydzień przyjdzie mi się z nim zmierzyć, a do tego czasu problem, który na razie błahą drobnostką jest obrośnie kolącymi chwastami, i trudno będzie przez nie się przedrzeć, żeby do prawdy dojść. No więc, słowo się rzekło, kobyłka u plota i wreszcie wydobędę to z siebie co mi z takim trudem przychodzi zrobić. Otóż oznajmiam państwu, że dzisiaj będzie o Facebooku! Tak jest, dzisiaj opowiem państwu o tym medium społecznościowym, przy pomocy którego coraz więcej ludzi łączy się na co dzień i tak pozostają połączonymi nieustannie, sprawdzają co kilka minut jaki jest stan ich polączenia, ile laików w między czasie otrzymali a ile serduszek. Lub co kto inny napisał w odpowiedzi na to co my sami wcześniej napisaliśmy i w ogóle. Dawniej ludzie spotykali się w tzw. realu, teraz na Facebooku. Zaczęło się od studentów i Zukerberga, potem jak lawina przetoczyło się to przez wszystkie pokolenia, największe spustoszenie siejąc wśród dziatwy szkolnej, zwłaszcza tej w wieku gimnazjalnym. Nie bez kozery powiedziałam spustoszenia, gdyż młodzież spędzając tak wiele czasu w tej wirtualnej rzeczywistości, zapominała o nauce a także o tym jak z sobą nawzajem porozmawiać bez pośrednictwa tegoż Facebooka, Instagramów czy Snapchatu. Gdybyż tylko to! Młodzież dorastająca, jak to ona pełna jest nie zawsze godnych pochwały pomysłów a przez to narażona na wiele przykrych doświadczeń. A to ktoś komuś hasło ukradł i potem podając się za delikwenta czynił sprośne wynurzenia publicznie, a to komu innemu konto fejkowe, kto inny założył i podobne bezeceństwa wyprawiał. Ci którzy interesowali się tematem, wiedza ze zdarzały się sytuacje, które chociaż jako żart pomyślane tragicznie się kończyły. Zabójstwami lub samobójstwami. Na szczęście, jak wieść niesie wśród młodzieży choroba ta jakby coraz mniejsze żniwo zbiera. Ba, coraz więcej z nich uważa, że Facebook jest to coś tak obciachowego, że tylko po czterdziestce można się nim zabawiać. Co nie znaczy, że młodzież powróciła do realu, skądże znowu. Bakcyl ten przepoczwarzył się w tej grupie wiekowej i teraz – jak mówią – w postaci zamkniętych mediów społecznościowych się objawia. Nie wiem dokładnie na czym to polega, w końcu jak sama nazwa mówi, są to media zamknięte. Co się za tymi zamkniętymi drzwiami wyprawia, tylko zgadywać można. Nie zazdroszczę tym z państwa, którzy mają dzieci w szkole średniej albo jeszcze młodsze. Jednak ja nie o tym dzisiaj, dlatego nawet nie wspomnę o tych rozmaitych randkach w ciemno przez rozmaitych zboczeńców kosztem naszych pociech aranżowanych po kryjomu na internecie. Nie raz jeszcze o tym usłyszymy i wtedy może porozmawiamy. Teraz wracam do Facebooka, bo on jest tematem mojego dzisiejszego monologu. Coraz bardziej obciachowy dla młodych, tym nie mniej w pozostałych grupach wiekowych, zwłaszcza tych którzy jeszcze nie odkryli Instagramów czyni spustoszenie. Niemal co dziennie spotykam na Facebooku kogoś nowego ze starych znajomych, których nigdy bym o to nie podejrzewała ze odczuwają potrzebę wirtualnie do reszty się podłączyć.
Ja sama, że zmiennym szczęściem zabawiam się tym wynalazkiem od lat paru. Na swoje usprawiedliwienie dodać mogę, że nawet prezydenta Dudę można tam spotkać i ze on również miał swój przydział nieprzyjemności z tym związanych. Nie będę wchodziła w szczegóły, jeśli ktoś wie o co chodzi to wystarczy, a reszta nie musi. Zresztą nie tylko głowy państwa, ale cale korporacje, organizacje te dochodowe jak i te charytatywne tam swoje miejsca znalazły. Początkowo miałam zamiar – dla tych którzy jeszcze nie rozumieją na czym to szaleństwo polega – wytłumaczyć pokrótce jak się tym posługiwać i co w ten sposób można osiągnąć. Jednak zrezygnowałam, bo zabrałoby mi to zbyt wiele czasu i do końca audycji nie udało by mi się dotrzeć do tego co sobie umyśliłam powiedzieć. Nadmienię tylko, iż na Facebooku każdy ma swoje konto, swoja stronę internetowa i nomen-omen kupę tzw. frendow, która może składać się z setek tysięcy a nawet milionów ludzi. Ja mam ich niespełna 2000. Na swojej prywatnej stronie każdy uczestnik może pisać co mu się żywnie podoba, a wszystko to jest automatycznie przesyłane do wszystkich jego tzw. Przyjaciół, inaczej mówiąc frendow..
Od samego początku, denerwowało mnie, kiedy ktoś z tych tzw. przyjaciół, zamiast u siebie, pisał na mojej stronie i w ten sposób moje własne komunikaty którymi chciałam się podzielić znikały w tłumie wpisujących tam trespaserow. Nie wiem, czy sądzili oni, że moja strona jest bardziej popularna dość, że niektórzy z nich uporczywie wykorzystywali moje konto do autopromocji. Prosiłam, żeby zaprzestali, niektórzy posłuchali. Niektorych co jakiś czas bezceremonialnie usuwalam aż wreszcie odkryłam sposób, który pozwala mi automatycznie blokować takie niepożądane wpisy i odtąd ze spokojnym sumieniem będę mogła porzucać Facebook na kilka tygodni pod rząd nie obawiając się tego co po powrocie w moim Facebookowi domu zastane.
Ktoś, kto tylko sporadycznie przebywa w wirtualnej rzeczywistości zastanawia się z pewnością – tak jak ja nieraz to robiłam – co w tym wszystkim jest tak atrakcyjnego, że czasami wydawało by się poważni ludzie, ojcowie, matki, dziadkowie i wnuki tak się garna w to miejsce? Tam, gdzie nie ma ludzi, których można by dotknąć, w cztery oczy porozmawiać, zwierzyć się lub wysłuchać czyichś skrytych problemów. Są tylko ich martwe reprezentacje, które choćby nie wiem przy pomocy jakiego YouTube ożywiać, pozostaną dalej martwymi. Ano właśnie, w tym cały problem. Żywy człowiek, czasem nie jest tak atrakcyjny jak wygląda na zdjęciu czy na filmie. Żywemu człowiekowi czasem nieładnie pachnie z ust, nie zawsze jest świeżo wykapany, ma obcięte paznokcie czy włosy. Czasem się jąka, zacina, robi błędy w mowie i uczynkach. Czasem powie coś czego żałuje a nie może cofnąć. Inaczej mówiąc człowiek w realu jest żywy, ze wszystkimi swoimi przywarami i niekiedy zaletami. Na Facebooku czy w innych takich miejscach, człowiek jest takim jakim chce, żeby go inni widzieli. Zawsze dowcipny, zawsze piękny, wie którym profilem ma się ustawić do kamery. No i nikt mu nie powie: te stary weź prysznic. Albo, kobieto czy mama cię nie uczyła, jak się damy zachowują? Na Facebooku możemy być każdym, kim chcemy – James Bondem i Sophia Loren. Powstała nawet gałęź psychologii, która stara się z profilu na Facebooku odczytać kim naprawdę jest właściciel konta. Czego się boi, co ukrywa, do czego jest zdolny. Z tej wiedzy korzystają głownie policjanci i menadżerowie z działów kadr, zajmujący się zatrudnianiem nowych pracowników. Ta wiedza mogłaby się przydać wielu z nam, jeśli nie chcemy się na kimś przejechać. Mnie z cala pewnością by się przydała. Dzisiaj już wiem o tym.
Tak wiele powiedziałam na temat Facebooka, gdyż łączy się on nierozerwalnie z tym o czym za chwile będę mówić. No właśnie, ja tu gadu, gadu, czas leci i jak tak dalej pójdzie to nie zdążę przejść do rzeczy, którą to rzecz już od dłuższego czasu zapowiadam. No więc na chwile skończę z Facebookiem i udzielę państwu wyjaśnień w innej sprawie.
Opowiem państwu o zakłóceniach w moim programie. Każdy, kto mnie regularnie słucha doskonale wie o czym mowie. O tych nachodzących na siebie pasmach sąsiednich stacji, o szumach, zgrzytach i piskach, o znikających tzw. audio pockets. O powtarzających się przypadkowo wybranych fragmentów programu. Czasem jest to kilka zdań, powtórzonych kilka razy. Czasem więcej. Raz zdarzyło ze moi słuchacze w Internecie przez cale dwie godziny słyszeli na okrągło powtarzany kilkuminutowy fragment programu, który na żywo był nadawany o godzinie pierwszej po południu. Wiele jest ku temu przyczyn, inne są one, jeśli słuchamy w lecie, inne w zimie. Inne, kiedy słuchamy przez Internet na komputerze a jeszcze inne, kiedy używamy do tego apps na smartfonie. A kiedy słuchamy przez radio to inaczej jest, kiedy mieszkamy 5 mil od stacji a inaczej, kiedy pięćdziesiąt. Inaczej, kiedy na północy a inaczej na południu. Inaczej, kiedy świeci słonce a inaczej kiedy pada śnieg. Nie będę wszystkich czynników wymieniała, a tym bardziej nie będę wchodziła w techniczne tłumaczenia. Aha, mój program nadawany jest z domu, czasem ktoś do drzwi zadzwoni, czasem pies zaszczeka. Czasem piorun trzaśnie. Moi stali słuchacze dokładnie wiedzą o czym mowie. Na szczęście to są zupelnie sporadyczne zakłócenia i chociaż ani ich przewidzieć ani zapobiec im nie można, to można się do tego przyzwyczaić. Takie sa uroki audycji nadawanych na zywo, nie montowanych godzinami w studio produkcyjnym a następnie bez skazy, pomyłek, przejezyczen – emitowane. Można z tym żyć. Ja żyję od ćwierć wieku.
Teraz kolejny wątek. Jak się państwo przekonacie, w tym szaleństwie jest metoda i jest powód, dla którego ja tak z tematu na temat skacze.
Sądzę, że nie którzy z Państwa zdążyli zauważyć ze od jakiegoś czasu, w moich wtorkowych audycjach pojawiały się dziesięciominutowe komentarze pana Janika, którego poznałam właśnie na Facebooku. Spodobały mi się niektóre jego wypowiedzi, dlatego zaproponowałam mu, aby raz w tygodniu przedstawiał swoje przemyślenia na antenie. Tak się i stało. Ustaliliśmy, że w zamian za trud przez niego włożony będzie mógł załatwić sobie parę reklam z których wyłącznie on będzie czerpał korzyści. Tak jak mnie nikt nie płaci za mój wysiłek tylko reklamodawcy. Poza jedną reklamą zakładu fryzjerskiego, nie nastąpiło to, dlatego nie będę tego wątku kontynuowała. Współpraca układała nam się całkiem dobrze, pan Janik we wtorki przysyłał mi swoje nagrane komentarze, które bez żadnych obróbek i bez wcześniejszego odsłuchania zamieszczałam w rozpisce programu w komputerze i około godziny szóstej, komentarz automatycznie leciał w eter. We wtorek, ubiegłego tygodnia również tak było, z tą różnica, że tym razem wyjątkowo dużo znajdowało się w komentarzu promocji jego książki i zbliżającego się koncertu. Właściwie cały komentarz był reklama. Znam swoich słuchaczy i wiem, że nie zdzierżą, jeśli reklama zajmuje więcej niż minuta lub dwie. Po około siedmiu minutach odebrałam telefon od pani, która zarzuciła mi ze nigdy by się po mnie nie spodziewała ze zacznę, wzorem innych programów radiowych sprzedawać infomertiale-kryptoreklamy. Za chwile zadzwonił pan, który mniej mówił o mnie a więcej o koncertach pan Janika. Tego ze zrozumiałych powodów nie będę powtarzać. Po zakończeniu komentarza pana Janika znajdowałam się w – nie obrażając Myszki – psim nastroju. Zdawałam sobie sprawę z tego ilu słuchaczy wyłączyło radio w międzyczasie. Nie każdy przecież jest skrajnym wielbicielem pani Jarockiej, koncertów a nawet niektóra muzyka ich odrzuca. Dlatego tez, coś mnie podkusiło i przed następną pozycją programu, w której ktoś opowiadał o pracy rządu zdobyłam się na, może niewczesny żart – mówiąc: „to tyle autopromocji a teraz będzie coś rzeczowego”. Audycja się skończyła. Pan Janik – swoim zwyczajem – natychmiast zamieścił na mojej stronie Facebooka wpis reklamujący to samo co właśnie reklamował w komentarzu radiowym i zapowiedział dalszą eskalacje, tzn. ostrzegł czytelników, że za kilka godzin zamieści więcej na ten sam temat w tym samym miejscu. Tu znowu mnie poniosło i jego wpis z mojej strony Facebooka usunęłam . W międzyczasie dowiedziałam się jak można automatycznie spowodować, iż tylko właściciel konta może pisać na swojej stronie. Co i uczyniłam. Zbanowalam tez wszystkich tych przyszłych wpisywaczy, którzy moja stronę zamieniają w przegląd portali internetowych, zdjęć które im się podobają czy niewybrednych rysunków. Tu dodam, że również wielu z moich Facebookowych frendow z mnie o to wcześniej prosiło. Sprawę uważałam za zakończoną. Jednak okazało się, że źle uważałam. Po chwili, ze zdumieniem przeczytałam maila od pana Janika, w którym informował mnie, że niestety musi przerwać współprace z Otwartym Mikrofonem, gdyż sądził, że odrobina reklamy mu się należała za wysiłek, który włożył w przygotowywanie komentarzy. O ile pamiętam już wtedy wymienił ilość 200 godzin, które bezpowrotnie stracił przygotowując swoje komentarze. Prosił o niezwłoczne potwierdzenie, że wiadomość te otrzymałam. Potwierdziłam życząc mu pomyślności i wielu dalszych sukcesów. Nie mogąc wyjść ze zdumienia, zastanawiałam się co właściwie spowodowało jego nieoczekiwaną reakcje? Moja drobna uwaga pomiędzy jego kawałkiem a następną pozycja w programie? Czy może fakt, że jego ostatni wpis na moim koncie Facebooka usunęłam, jednocześnie zabierając mu możliwość zapowiedzianej eskalacji. Do tej pory nie wiem, co nim powodowało. Twierdził w mailu, że chodziło mu o możliwość reklamy tego co robi. Ci z państwa którzy słuchali komentarzy pana Janika, wiedzą, że tej reklamy nie brakowało. Do woli reklamował książkę, wydany album, swoje koncerty. Raz nawet poświeciłam cala audycje na rozmowę z nim o jego CD i innych przedsięwzięciach. Nie pozostało mi wiec nic innego niż przyjąć do wiadomości jego decyzje i zapomnieć o całej sprawie. Co tez uczyniłam. Jednak sprawa nie zapomniała o mnie. Po tygodniu na Facebooku ukazało się tekst i nagranie, które tłumaczyły jak sprawy sprzed tygodnia wyglądały z punktu widzenia pana Janika. Oniemiałam z wrażenia i z niedowierzaniem czytałam to co miał do przekazania swoim frendom i jak ci ostatni na to zareagowali. Najpierw pobieżnie opowiem, co powiedział pan Janik. Powiedział lub napisał, że jego komentarz został zmanipulowany przez nałożenie na niego jakiejś muzyki, szczekanie psa i naciskanie przeze mnie guzików. Najchętniej zwaliła bym całą winę na psa. I muzykę i szczekanie i guziki. Jednym słowem całą manipulację przypisała bym Myszce, ona nie takie upokorzenia potrafi znieść, bo nie ma za grosz ambicji. Ale potem przypomniałam sobie, że żadnych zakłóceń w odbiorze komentarza być nie mogło. Owszem zdarzają się zakłócenia – mówiłam o nich kilka minut temu. Jednak tym razem nie było żadnych zakłóceń, albo ja przynajmniej o nich nie wiedziałam a z nie słyszałam w słuchawkach. Za każdym razem, kiedy to się zdarza, albo nawet gdy tylko pies zaszczeka otrzymuje od państwa natychmiastowe telefony z informacją, że coś nie tak się dzieje. Albo tylko z pozdrowieniami dla Myszki. Tym razem, żaden telefon w tej sprawie nie zadzwonił. Żaden mail nie nadszedł po audycji, stacja o niczym podejrzanym mnie nie poinformowała. Zakłóceń nie było, nikt nie przyciskał żadnych guzików, pies nie szczekał ani żadna wraża muzyka nie zakłócała informacji zawartej w komentarzu. Te wszystkie efekty musiały się pojawić między mailem w ubiegły wtorek a minionym wtorkiem. W mailu od pana Janika nie było słowa o zakłóceniach w odbiorze, teraz te zakłócenia wraz z ich wytłumaczeniem stały się sztandarowym zarzutem pod moim adresem. Narracja tłumacząca powody jego decyzji zmieniła się drastycznie i nabrała dramatycznych kolorów w postaci oceny mojego charakteru i moralności.
Czytelnicy i słuchacze Facebooka dowiedzieli się bowiem, że moje postepowanie było niezrozumiale, nieuzasadnione, nieprofesjonalne, nieetyczne i irracjonalne. Ze za swoja prace, która zajęła mu 200 godzin nie dostał centa. Przyznał przy tym sam, że tego centa ode mnie nie oczekiwał, że nie taka była umowa, ale uporczywość i częstotliwość z jaka powtarza od kilku dni informacje o tych 200-tu godzinach i o tym, ile mógłby w tym czasie zarobić sprzedając domy lub jeżdżąc na taksówce, świadczy ze jednak o coś mu chodzi. A wiadomo o co chodzi, kiedy nie wiadomo o co chodzi. Z jego własnych szacunków wynika, że o kilka albo i kilkanaście tysięcy. Dalej dowiedziałam się, że kierują mną niezdrowe emocje, które wniwecz obróciły jego ciężka prace i pogrzebały publicznie owoce tej pracy. I ze postrzeliłam się w nogę, ale nie w tą co powinnam. Owszem posiadam w domu bron typu palnego tudzież rewolwer oraz amunicje, ale chyba bym na głowę upadla, gdyby mi do tej głowy przyszła myśl, aby sobie w nogę strzelić, zwłaszcza nie w tą którą powinnam. To wszystko – oznajmil pan Janik, spowodowało, że postanowił zabrać glos i wszystko a nawet więcej publicznie opowiedzieć. Obiecał tez, że zaprzestanie dalszych wycieczek pod moim adresem pod warunkiem, że się nie ośmielę przedstawić innej wersji od tej która on zaprezentował swoim frendom. Niestety nie wytrzymał, złamał obietnice i od tego czasu jeszcze kilkakrotnie opowiedział to samo w rozmaitych odcieniach z czego wywnioskowałam, ze jednak będzie kontynuował opowiadanie o moim złym charakterze tudzież o innych moich przewinieniach względem jego osoby. A ja nic, siedziałam cicho jak ta myszka pod miotłą, bo przypomniały mi się wydarzenia sprzed lat wielu, kiedy to inny artysta, równie znany a nawet bardziej wytoczył mi wojnę i wieczór po wieczorze przez kilka lat robił mi nie tylko wyrzuty za wszystko co go w życiu spotkało, ale nawet za koszmary nocne które go w czasie snu dręczyły. Sadze, że wielu z państwa pamięta jeszcze te obrzydliwe ataki przed północą, służące w gruncie rzeczy tylko temu, żeby zainteresowanie jego osoba w naszym środowisku nie zgasło. W końcu zainteresowanie nim i tak zgasło, a Waldemar Kocon dal sobie spokój i wyjechał z Chicago, żeby w Polsce rozpocząć walkę o prawa gejów do rozmnazania się. Nie wiem, ile w tym prawdy, takie słuchy mnie dochodziły. Dochodziły mnie również słuchy, że jeszcze tam, nawet po kilku latach nie zaprzestał swojej krucjaty przeciwko mojej osobie, udzielając obszernych wywiadów Faktom i Mitom, tygodnikowi, w którym naówczas pracował jeden z zabójców błogosławionego księdza Popiełuszki.
Potem słuch o nim zaginał a przynajmniej przestały do mnie docierać wiadomości na jego temat.
Te wszystkie wspomnienia nachodziły mnie od wtorku a w końcu naszła mnie refleksja, że co jak co, ale szczęścia do artystow dźwiękowych to ja nie mam i ze lepiej mi się z tym pogodzić. I dać sobie spokój, zamiast wdawać się w dyskusje. Tak bym zapewne zrobiła, gdyby nie naciski ze strony słuchaczy, żeby jednak odpowiedzieć chociaż raz, bo pan Janik, moje milczenie traktuje jako przyznanie się do jakiejś zbrodni pod jego adresem, której nie wszystkie szczegóły dotychczas ujawnił, ale sugeruje, że takowe są.
Opowiada, jakoby mój program radiowy był dotąd nie tak bardzo znany i jego osobie zawdzięczam, że mam słuchaczy. No i ze gdzie tam Janowi Sordylowi do niego, bo przecież wystarczy posłuchać i porównać. To ostatnie stwierdzenie oraz coraz częściej wypominanie owych zaprzepaszczonych godzin, które mógł był przecież w gotówkę obrócić, zmieniły moje nastawienie do całej sprawy. Pal sześć zwiększona słuchalność mojego programu o której dowiedział się od dziesiątków słuchaczy, którzy z nim się kontaktowali, a nawet darowali serduszka na Facebooku. Przeżyję utratę tych wszystkich jego frendow, ale bezpodstawnie deprecjonować innych gości mojego programu, nie pozwolę.
Jak już zaczęłam opowiadać o tym co pan Janik o mnie pisze na Facebooku, to nie mogę pominąć jego frendow, którzy za trzema wyjątkami, jak jeden mąż a zwłaszcza zona wczuli się w jego smutna sytuacje, pozdrawiali go cieplutko i zachęcali do dalszej pracy dla dobra powszechnego. Pan Janik w odpowiedzi dziękował, żeby nie powiedzieć mizdrzył się niczym panienka na wydaniu. Rozwijał myśl przebijająca się w słowach pochlebców i pogłębiał temat moich win a jego krzywd. Tym samym również podpisywał się pod każdym zdaniem wypowiedzianym przez swoich frendow.
I tak, jedna pani zarzuciła mi impertynencje, druga brak klasy, trzecia zero profesjonalizmu a jeszcze inna obiecała, że przestanie słuchać, chociaż w ogóle to i tak słuchała tylko jego komentarzy. Pani Solak, jak to ona, kiedy słyszy coś niepochlebnego o mnie – zachichotała grubiańsko. Pan Kryński, przypomniał sobie jak to, kiedyś ze dwadzieścia lat temu potraktowałam go niecnie. Nie będę prostowała ani zbytnio go krytykowała, wiem z obserwacji jak przykre niespodzianki potrafi płatać pamięć, kiedy ząb czasu nadgryza rozum.
Any way, nie mój problem. Jeszcze tylko chciałam podziękować pani Anieli i dwóm panom za odrobine rozsądku, na który tak trudno się zdobyć pośród roz-entuz-jaz-mow-anego tłumu wlokącego na szafot wskazaną przez przywódcę ofiarę.
Czytając te wszystkie słowa otuchy i poparcia dla pana Janika, będące jednocześnie wyrazem potępienia lub tylko dezaprobaty dla mnie, przypomniało mi się, jak to na samym początku naszej współpracy, ja jak ta idiotka wyrzucałam ze swojej strony wszystkie niepochlebne wpisy pod adresem komentatora. Kilku z moich friendow, nawet pozbyłam się permanentnie. Szczególnie chciałabym, żeby moc znowu odczytać te z nich, w których mój były frend dokonywał psychoanalizy pana Janika. Myślałam, że to zawiść a on widocznie lepiej ode mnie potrafił ocenić człowieka na podstawie profilu na Facebooku. Teraz przyznaje mu racje i jeśli mnie słyszy to przepraszam za pospiech w ocenie jego motywów.
Co jeszcze mogłabym dodać, nie przekraczając granicy dobrego smaku? Niewiele, poza tym, że jeszcze raz przekonałam się jak słuszne jest powiedzenie, iż nigdy nie przestajemy się uczyć. Ja swoja lekcje odrobiłam i nigdy już nie uwierzę temu co ludzie piszą o sobie na Facebooku.
I na koniec opisze scenę, której byłam świadkiem kilka dni temu na stacji benzynowej. Kilku osobowa grupa wyrostków i mężczyzn w wieku średnim szykowała się do bojki. Wzajemne wyzwiska i gesty przybierały na sile. Wtedy, przez nikogo nie zauważony wylazł ze swojego namiotu bezdomny człowiek nieokreślonego wieku ale za to dający po sobie poznać, ze nie zmieniał ubrania od kilku miesięcy i ze tak tak samo długo nie kapał się. Mamy w Naperville, w tym bogatym mieście taka atrakcje turystyczna. Czy zima, czy lato mieszka w swoim namiocie, rozsiewając dookoła trudne do zignorowania zapachy. Ludzie przechodzą obok, na ogol nie widząc go. Czasem ktoś rzuci monetę do puszki obok wejścia do namiotu. Mnie zdarzyło się kilka razy kupić mu kanapkę w pobliskim MacDonaldzie. Bezdomny człowiek zbliżył się rozwrzeszczanej grupy i silnym jak na bezdomnego głosem, zakrzyknął: Ludzie przestańcie. Niedługo wszyscy będziecie martwi. Potem dodał, za sto lat będziecie wszyscy martwi.
A ja ponuro pomyślałam: za sto pięćdziesiąt lat wszyscy będziemy martwi, dorośli i dzieci – nawet te w lonach brzemiennych matek. Wszyscy. Prezydenci i żebracy. Głupi i mądrzy. Tacy i owacy. Bez żadnego wyjątku. Wszyscy będziemy martwi.
Nie wiem dlaczego, ta myśl dzisiaj wcale mnie nie smuci.
Aha, chcecie się państwo dowiedzieć co wydarzyło się potem na stacji benzynowej. Ano nic. Rozjuszeni mężczyźni po kilku sekundach osłupienia, ze ktoś ośmiela się im przeszkadzać, powrócili do przerwanej awantury, która teraz, jakby nadrabiając stracony czas nabrała impetu. Byłam pewna, że za chwile dojdzie do poważnej bijatyki. Poleje się krew. Potem przyjedzie policja, będzie potrzebowała świadków, będzie wzywała na komisariat. Może nawet trzeba będzie pójść do sadu. Niewiele myśląc, zadzwoniłam na 911 i odjechałam pospiesznie.
I tym optymistycznym akcentem, już definitywnie kończę swój dzisiejszy monolog.

 Posted by at 7:15 pm

Sorry, the comment form is closed at this time.